Zysk kontra natura – WYŚCIG Z CZASEM

Opublikowane przez Koalicja Żywa Ziemia w dniu

O reformie Wspólnej Polityki Rolnej, strategii unijnej Od Pola do Stołu i najważniejszych wyzwaniach stojących przed rolnictwem rozmawiamy z Januszem Wojciechowskim, komisarzem ds. rolnictwa w UE.

Spoczywa na Panu obowiązek wdrożenia pierwszej, a zarazem największej zielonej reformy Wspólnej Polityki Rolnej (WPR). Czy sądzi Pan, że ma ona szanse powodzenia? Jakie są główne bariery stojące na przeszkodzie temu, by WPR stała się zgodna ze Strategią „Od pola do stołu”?

Janusz Wojciechowski: Jest to poważna reforma. Niektórzy mówią, że to najważniejsza reforma Wspólnej Polityki Rolnej od co najmniej 30 lat. Strategia „Od pola do stołu” i Strategia na rzecz bioróżnorodności są istotną częścią tej reformy. One są wprowadzone w ten uzgodniony już kształt reformy, bo porozumienie polityczne ws. WPR zostało osiągnięte w czerwcu 2021 r. Teraz państwa członkowskie będą musiały przygotować krajowe plany strategiczne dla WPR na podstawie tych trzech aktów prawnych, które stanowią treść reformy. Pełną ocenę sytuacji będziemy mieć po poznaniu planów poszczególnych państw UE, a przede wszystkim po zatwierdzeniu ich przez Komisję Europejską. Wówczas będziemy widzieć, na ile poważnie państwa członkowskie podeszły do reformy WPR.

Myślę, że szansa na wdrożenie reformy WPR jest ogromna. Umożliwiają to m.in. takie instrumenty jak ekoprogramy, które warunkują 25% dopłat bezpośrednich czy też płatności na dobrostan zwierząt finansowane zarówno ze środków I, jak i II filaru WPR. Rolnictwo ekologiczne zostało bardzo wzmocnione w tej polityce rolnej, ma też zapewnioną możliwość otrzymywania wsparcia z obu filarów, czyli w ramach ekoprogramów przy dopłatach bezpośrednich oraz – tak jak do tej pory – jako jeden z programów wspieranych z drugiego filaru – Funduszu Rozwoju Obszarów Wiejskich.

Ogromną szansą są także – i dla mnie jest to szczególnie ważne – krótkie łańcuchy dostaw. Tu są ogromne rezerwy. Redukcja gazów cieplarnianych w samym rolnictwie nie jest prosta, bo rolnictwo musi wyprodukować określoną ilość żywności. Natomiast musimy spojrzeć na cały system produkcji żywności, na który składają się, oprócz produkcji rolnej, także transport i przetwórstwo. Transport jest obszarem, w którym naprawdę można w znacznym stopniu zmniejszyć emisje. Wozimy nieprawdopodobne ilości towarów rolnych i spożywczych przez Europę. 3 miliardy ton i 540 mld tonokilometrów. To są dane z 2017 roku, które wskazują, że przeciętna porcja żywności, zanim z gospodarstwa trafi na stół, przebywa w Europie trasę około 180 km. A tak wcale nie musi być. Niektóre towary trzeba przewozić, np. pomarańcze z południa Europy, ale wiele towarów jest produkowanych wszędzie i nie trzeba ich wozić z jednego miejsca w drugie, tylko skrócić mocno łańcuchy dostaw. Dlatego bardzo będę popierał wszelkie pomysły w państwach członkowskich nastawione na bliską współpracę pomiędzy rolnikami, przetwórcami i rynkiem, żeby trasa, którą transportowana jest żywność, była możliwie najkrótsza. Tu jest duże pole do poprawy.

Organizacje społeczne obserwują walkę państw członkowskich przeciw rzeczywistemu wzmocnieniu ochrony środowiska i klimatu w rolnictwie, przeciw zwiększeniu środków WPR na te cele, przeciw płatności redystrybucyjnej dla małych gospodarstw. A zatem przykład, który idzie z góry, budzi wątpliwości, czy reforma WPR ma szansę. Budzi też obawy, czy rządy państw członkowskich podejmą odpowiednie kroki tworząc plany strategiczne dla WPR. Co musiałoby się zdarzyć w czasie tej reformy, co musiałoby zostać powiedziane i rządom, i dużemu lobby rolnictwa przemysłowego, aby już zmiękczona w samej Brukseli reforma WPR jednak urzeczywistniła się w unijnym rolnictwie każdego kraju UE?

JW: Te wątpliwości są uzasadnione. Polityka jest sztuką szukania kompromisu i nikt sobie nie wyobrażał, że najdalej idące, radykalne postulaty zostaną uwzględnione. Chodzi tu zarówno o postulaty strony, która słusznie domaga się WPR maksymalnie przyjaznej dla środowiska, klimatu, dla dobrostanu zwierząt, a przez to i dla ludzi, oczywiście. A z drugiej strony postulaty – nie chcę powiedzieć lobby – ale środowisk, które widzą rolnictwo jako nieustanny wyścig, by produkować coraz więcej, coraz mniejszym kosztem. Ja mam na to odpowiedź wziętą z pięknej wypowiedzi św. Jana Pawła II, który powiedział, że człowiek nie może ulegać pokusie zysku za wszelką cenę kosztem natury, bo prędzej czy później natura zbuntuje się przeciwko człowiekowi. I te oznaki buntu natury już są widoczne w zmianie klimatycznej. Innym przykładem może być bardzo intensywna hodowla, która sprzyja występowaniu chorób zwierząt na ogromną skalę. Mamy przykłady takie jak ASF (afrykański pomór świń) czy ptasia grypa w hodowli drobiu. Wielkie, skoncentrowane hodowle – wielkie straty.

W UE poszliśmy chyba maksymalnie daleko, na ile było to politycznie możliwe, w stronę polityki rolnej czy samego rolnictwa bardziej przyjaznych środowisku, klimatowi i ochronie zwierząt. Nie mogliśmy jednak ignorować głosów – one cały czas wybrzmiewają – że zbyt mocny skręt w ekologię pozbawi Europę bezpieczeństwa żywnościowego.

Ja takich obaw nie podzielam, aczkolwiek nie można ich też lekceważyć. Są analizy, które wskazują, że mogą być dość znaczne ubytki produkcji żywności w Europie. I co gorsza, że te ubytki zostaną zastąpione importem, który będzie pochodził z krajów zachowujących daleko niższe standardy. Unia Europejska ma najwyższe na świecie standardy środowiskowe, sanitarne i dobrostanu zwierząt w produkcji rolnej.

25% na ekoprogramy jest naprawdę dużym sukcesem, biorąc pod uwagę atmosferę, w której toczyły się rokowania dotyczące WPR. Zagwarantowanie minimum 35% na środowisko i klimat w drugim filarze także jest sukcesem. Mocne postanowienie o wsparciu dla małych gospodarstw – minimum 10% płatności redystrybucyjnej, a państwa członkowskie mogą też przeznaczyć więcej to też jest sukces tych negocjacji. Natomiast rozmowa o GAECach* jest zawsze trudna, bo dotyczy wymogów nakładanych bezpośrednio na każdego rolnika. Ale sądzę, że tutaj też osiągnęliśmy dużo, choćby obowiązkowy płodozmian. Jest to duża zmiana jakościowa.

[od redakcji: GAEC to normy (praktyki) dobrej kultury rolnej zgodnej z ochroną środowiska, tzw. normy DKR. Odnoszą się do obszarów (a) klimat i środowisko, (b) zdrowie publiczne, zdrowie zwierząt i zdrowie roślin, (c) dobrostan zwierząt. Są to wymogi obowiązkowe. Warunkują one otrzymanie przez rolnika płatności. Stąd funkcjonują w ramach pojęcia „warunkowość”]

Oczywiście wzrosły w stosunku do rolników wymogi ochrony środowiska, czyli tzw. „warunkowość” została zwiększona, ale nadal zbyt mało środków jest kierowanych na rozwój systemów gwarantujących szybsze i większym zakresie zmiany rolnictwa, np. rolnictwo ekologiczne, praktyki agroekologiczne, połączenie produkcji zwierzęcej z rolnictwem regeneratywnym. Zamiast tego dużą część środków kieruje się do rolnictwa precyzyjnego, w którym nadal (precyzyjniej) są stosowane chemiczne pestycydy i nawozy sztuczne, mimo że mają one konsekwencje środowiskowe. Wchodzimy w duże technologie, z których najwięcej będą korzystać duże gospodarstwa rolne. Czy nie jest to półśrodek? Może zamiast wydawać pieniądze z budżetu WPR na precyzyjne aplikowanie chemii, powinnyśmy naprawdę znaczącą ich część przeznaczyć na rozwój ekologicznych systemów produkcji rolnej? Szybciej przybliżający nas do celu poprawy środowiska i osiągnięcia neutralności klimatycznej w UE?

JW: Oddzielam od siebie małe i średnie gospodarstwa, biorąc pod uwagę zróżnicowanie ich struktury w całej UE. W warunkach polskich mniejszym i średnim gospodarstwem będzie takie do 20 ha. W Polsce jest ich milion 700 tysięcy. Tych powyżej 20 ha jest niewiele ponad 100 tys. Mniejsze gospodarstwa powinny mieć dosyć proste programy, np. ekoprogramy związane z dobrostanem zwierząt. Można wyznaczyć limity, zgodnie z którymi obsada na danej powierzchni nie powinna przekroczyć danej wielkości, hodowla powinna być oparta na własnych paszach – są to rozwiązania, które stosunkowo łatwo będzie wprowadzić. Ale musi być także oferta dla dużych gospodarstw. Rolnictwo precyzyjne jest dobrą ofertą. Dzięki temu można zredukować bardzo istotnie i środki ochrony roślin, i nawożenie. To państwa członkowskie uwzględniając swoją sytuację będą musiały dokonać pewnego wyboru. Ale my będziemy bardzo wymagający, bo dialog państw z Komisją Europejską rozpocznie się na początku przyszłego roku, gdy kraje UE przedłożą swoje plany strategiczne dla WPR. Kraje członkowskie będą musiały udowodnić, że rzeczywiście przez zaplanowane działania osiągną efekty w zakresie redukcji nawozów, środków ochrony roślin oraz zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych. Z gazami cieplarnianymi jest tylko ten problem, że pomiędzy państwami jest ogromna różnica. Średnia emisji GHG dla całej UE to 2,5 tony z hektara. Są kraje, w których jest to daleko poniżej 2 ton. Polska mieści się w granicach 2 ton. A są kraje, gdzie jest to powyżej 7 ton, a nawet powyżej 10 ton.

Chodzi na przykład o Holandię?

JW: Tak. Holandia emituje powyżej 10 ton GHG z jednego hektara. Ale z drugiej strony słyszymy argument, że na jednostkę produkcji emituje najmniej, gdyż biorąc pod uwagę, że zwierzę w intensywnej produkcji żyje krótko, to siłą rzeczy na jednostkę produkcyjną emisja jest mniejsza. Niewielka jest to różnica, ale jednak. Dla mnie nie jest to argument. Ja przyglądam się emisjom z hektara oraz intensywności rolnictwa. Oczekiwania będą największe wobec tych krajów, które są dużymi emitentami, mają intensywne rolnictwo, mają dużą obsadę zwierząt. Tu są też ogromne różnice. Mówiąc z pamięci, np. Polska ma średnio 43 sztuki bydła na 100 hektarów, a na przykład Holandia ma ich ponad 200. Polska ma obsadę świń 73-75 sztuki na 100 hektarów, ale są kraje które mają 600-700 świń na 100 ha. Są to zasadnicze różnice, które trzeba będzie wziąć pod uwagę. Krótko mówiąc, w Unii Europejskiej obowiązuje zasada „zanieczyszczający płaci”. W rolnictwie nie chodzi o płacenie wprost, ale od tych, którzy więcej emitują, będziemy więcej wymagać.

Ostatnio Europejski Trybunał Obrachunkowy dość krytycznie ocenił zasadę „zanieczyszczający płaci”, mówiąc, że jest ona niewystarczająca, by zapewnić ochronę środowiska w Unii Europejskiej.

JW: Przed chwilą rozmawiałem z członkiem Trybunału, który tę kontrolę przeprowadzał. Podziękowałem mu za wskazanie tej zasady, gdyż powinna ona również mocniej wejść w sektor rolnictwa. Będziemy tego używać jako argumentu dla sprawiedliwego rozłożenia odpowiedzialność za oddziaływanie na środowisko i klimat. Na razie zasada „zanieczyszczający płaci” nie ma w rolnictwie zastosowania wprost. Paradoksalnie, to UE – za pomocą WPR – płaci zanieczyszczającemu.

Brak zasady „zanieczyszczający płaci” uderza najmocniej w rolnictwo ekologiczne narażone na ryzyko zniesienia przez wiatr zanieczyszczeń (np. oprysków pestycydami) z rolnictwa konwencjonalnego. Uderza w interes ekonomiczny gospodarstw ekologicznych oraz wpływa negatywnie na poziom zaufania konsumentów do żywności ekologicznej. Kosztów zanieczyszczenia nie ponosi tylko UE, ale także rolnicy ekologiczni. Co z tym zrobić? Czy uważa Pan, że powinny zostać w UE przyjęte zasady chroniące rolnictwo ekologiczne w przypadku kolizji z rolnictwem konwencjonalnym?

JW: Pierwszego stycznia przyszłego roku wchodzi w życia nowe rozporządzenie o rolnictwie ekologicznym. Drobiazgowo reguluje wszystkie techniczne kwestie związane z prowadzeniem gospodarstw ekologicznych. Dotyczą one także aspektu wiarygodności produkcji ekologicznej. Pewnie kolizje z rolnictwem konwencjonalnym nie są do uniknięcia, ale rzeczywiście należy zdecydowanie mocniej chronić rolnictwo ekologiczne i powinno ono otrzymywać więcej wsparcia. Wczoraj mieliśmy po raz pierwszy Dzień Rolnictwa Ekologicznego. Miałem przyjemność podpisywać porozumienie w tej sprawie i ogłaszać to święto, które corocznie będzie obchodzone 23 września. To jest ważny sygnał promujący rolnictwo ekologiczne. Myślę, że przychodzi dobry czas dla rolnictwa ekologicznego. Ono bardzo dobrze funkcjonuje w wielu krajach. Austria, Dania, Włochy – to są liderzy. Ale w Polsce jest niestety bardzo słabo. Niewiele ponad 3% ziemi rolnej pod produkcją ekologiczną. Jakaś zupełnie ułamkowa produkcja ekologiczna na rynku. Ale to znaczy, że jest ogromna przestrzeń do wypełnienia. To jest znakomita perspektywa. To znaczy, że tu jest miejsce na produkty ekologiczne. Nie przyjmuję argumentu, który czasem słyszę, że żywność ekologiczna jest droższa więc nie stać na nią polskich konsumentów. Do jakiegoś stopnia to może być przyczyną braku rozwoju rynku żywności ekologicznej w Polsce, ale z pewnością nie jedyną. W naszym kraju jest ogromne miejsce na produkcję ekologiczną. Ogromne.

To jak Pan się odniesie do przyjętego w drugiej wersji polskiego planu strategicznego wskaźnika rezultatu dla rozwoju rolnictwa ekologicznego w Polsce na poziomie 3,52%? Co my tak naprawdę rozwijamy przy takim wskaźniku?

JW: Tak, znam ten wskaźnik. Natomiast wypowiedź na temat tej wersji polskiego planu strategicznego zachowuję do momentu, kiedy będę się mógł oficjalnie wypowiedzieć po dialogu z rządem polskim. Ale mogę powiedzieć, że będę bardzo mocno zachęcał, by Polska przedstawiła ambitny plan rozwoju rolnictwa ekologicznego. Polska ma małe gospodarstwa i jest to system, który doskonale pasuje do rolnictwa ekologicznego. Taką samą strukturę rolniczą mają Włochy posiadające obecnie 16-18% ziemi pod uprawami ekologicznymi. A jednocześnie mają najwydajniejsze rolnictwo, ponieważ wartość dodana w produkcji rolniczej jest największa we Włoszech. Wyższa niż we Francji. Włosi mając 8% ziemi rolnej dostarczają 18% unijnej rolniczej wartości dodanej. Jest to znakomity wynik, osiągnięty w systemie małych gospodarstw rolnych przy dużym udziale rolnictwa ekologicznego. To jest dobry wzór do naśladowania, oparty na krótkich łańcuchach dostaw, rolnictwie ekologicznym i całym systemie ochrony małych gospodarstw. Warto to promować.

I warto wdrażać w Polsce?

JW: Warto wdrażać w Polsce. Tym bardziej, że Polska ma bardzo podobną strukturę gospodarstw rolnych. W obu krajach średnia powierzchnia gospodarstwa wynosi 11 ha.

Obawy o wydajność unijnego rolnictwa oraz brak bezpieczeństwa żywnościowego w Europie są często powtarzanym argumentem podczas trwającej reformy WPR. Ale przecież UE jest potężnym eksporterem żywności, więc mamy nadwyżkę produkcji. Z drugiej strony w UE marnujemy 1/3 żywności, średnio 180 kg na głowę. Dlaczego w takim razie mielibyśmy stracić bezpieczeństwo żywnościowe przez ekologię? Czy została sporządzona analiza na ten temat? Kalkulacja, która by potwierdzała aż tak duży brak wydajności produkcji ekologicznej?

JW: Ja nie podzielam argumentacji, że stracimy bezpieczeństwo żywnościowe przez ekologię. Natomiast, jeżeli błędnie, bez racjonalnej refleksji byśmy wprowadzili idee ekologiczne, to mogłoby to zaburzyć do pewnego stopnia bezpieczeństwo żywnościowe. A my chcemy to dobrze wprowadzić. Właśnie poprzez wsparcie małych i średnich gospodarstw, na nowo uruchamiając ich potencjał produkcyjny. Wiele małych gospodarstw nie jest w stanie konkurować na rynku. Dzieje się tak zwłaszcza w Polsce. A dzieje się dlatego, że duża część przetwórstwa została skoncentrowana w wielkich zakładach przetwórczych, niezainteresowanych współpracą z małymi dostawcami. Dopiero rozwija się system sprzedaży bezpośrednio z gospodarstw, np. rolniczy handel detaliczny (RHD). Jednocześnie w miastach znikają bazarki, czyli ostatnie miejsce, gdzie jeszcze rolnicy mogli przyjechać ze swoimi produktami. W Warszawie są słuszne protesty mieszkańców przeciw zamykaniu takich miejsc i oddawaniu ich deweloperom. Lokalna, bezpośrednia sprzedaż jest obszarem, w którym ekologia może dać pozytywne, produkcyjne efekty. Rolnictwo ekologiczne jest ofertą dla wielu gospodarstw, które mają wybór: produkować ekologicznie albo wcale, gdyż nie mają szans konkurować z produkcją konwencjonalną. Ja tak to postrzegam i nie widzę zagrożenia dla bezpieczeństwa żywnościowego, ale w debacie trzeba wysłuchać wszystkich głosów. Jeśli wprowadzimy założenia Strategii „Od pola do stołu” dobierając odpowiednie narzędzia, np. ekoprogramy odpowiednie do sytuacji w rolnictwie poszczególnych krajów UE, to nie mam obaw, że produkcja nam się załamie.

Czy nie sądzi Pan, że sedno problemu leży w dualizmie samej WPR, w sprzeczności jej celów. Czy cel bycia konkurencyjnym nie zakłóca realizacji innych celów WPR nakierowanych na ochronę środowiska i klimatu, zmuszając do myślenia o rolnictwie jedynie w aspekcie ekonomicznym?

JW: Myślenie ekonomiczne musi być obecne. Natomiast ja odrzucam zasadę, że musimy produkować coraz więcej, coraz mniejszym kosztem. Ten wyścig musi się skończyć w Unii Europejskiej. Tym bardziej, że w tym wyścigu rolnicy giną. W ciągu dekady straciliśmy 4 mln gospodarstw. Może nie w ostatnich latach, bo ten proces uległ pewnemu zahamowaniu. Natomiast w okresie po wejściu Polski do Unii, lata 2005-2014 były dramatyczne. W tym czasie zniknęło 4 mln gospodarstw w UE. Dziennie 1000 gospodarstw. Polska straciła ponad 700 tys. gospodarstw rolnych. W systemie ścigania się na ilość i intensywność produkcji każde gospodarstwo po jakimś czasie jest za małe. Rolnik, który wczoraj był duży, dziś jest średni, jutro będzie mały, a pojutrze nie będzie go wcale. Tak to działa. Obserwujemy to w niektórych krajach. Na przykład średnie gospodarstwo hodujące świnie ma w tej chwili prawie 4 tys. sztuk i staje się coraz większe. Prowadzi to do koncentracji hodowli. To jest droga donikąd. Tak rozumiana konkurencyjność nie ma przyszłości w UE. Unia Europejska i rolnicy europejscy nie są w stanie wygrać konkurencji na intensywność i ilość produkcji. Ale jest też inny aspekt konkurencyjności coraz bardziej rozwijający się – jakość produkcji: aby produkować dobrą żywność, zdrową, zgodną z wymogami środowiska, ze wszystkim o czym mówi Strategia „Od pola do stołu”. Tu powinna być konkurencyjność. Zwłaszcza, że świat już tę konkurencję podjął. Byłem na spotkaniu Grupy G-20 we Florencji w ostatnim tygodniu. Ministrowie rolnictwa głównych gospodarek światowych jeden po drugim deklarowali przejście na zrównoważoną produkcję rolniczą. Ten, kto nadal będzie brał udział w wyścigu na ilość, na masowość produkcji, może się znaleźć na ślepym torze. Zdecydowanie będzie to wyścig na jakość, wartość produkcji i jakość żywności.

Ekologia ma być naszą nową ekonomią?

JW: Może to zbyt daleko idąca teza. Ja bym powiedział, że jest nią (nową ekonomią) szeroko rozumiana jakość związana ze zrównoważoną produkcją żywności i też myśleniem o rolnictwie w perspektywie tego, że Ziemię mamy jedną. Jak ktoś powiedział, „to jest towar, którego już nie produkują”. Więc musimy oszczędzać Ziemię dla przyszłych pokoleń. Praktyki rolnicze nie mogą być zbyt intensywne. Pamiętajmy przestrogę Jana Pawła II – nie można kosztem natury stawiać na krótkotrwałe zyski. To się źle skończy.

Nie wiem, czy jest to w Polsce popularne stwierdzenie patrząc na sposób informowania o reformie WPR, zwłaszcza Strategii „Od pola do stołu” przez media, także rolnicze, oraz główne związki branżowe. Podejście jest zupełnie inne niż proponowane przez Pana.

JW: Jestem w dużym sporze w tej chwili z takim rozumieniem rolnictwa, które się sprowadza do słowa „agrobiznes”. Jest to prawdziwy, głęboki spór. Ja ciągle mówię „rolnictwo”. Nie lubię tego produkcyjnego języka, gdy się mówi o produkcji mięsa czy o innych rodzajach produkcji. Rolnictwo jest działalnością opierającą się na naturze, a nie na sztuczności. Bardziej biologia niż chemia powinna decydować w rolnictwie. Tak to widzę. I jestem krytykowany przez zwolenników przemysłowego rolnictwa. Powiedziałem i powtórzę to w tym wywiadzie: rolnictwo to nie przemysł, ziemia to nie fabryka, a zwierzęta to nie maszyny.

Dobrostan zwierząt od dłuższego czasu cieszy się Pana szczególnym zainteresowaniem. Czy uważa Pan, że jest możliwe, by w UE przyjąć ograniczenie, a nawet zupełne wycofanie środków publicznych WPR na finansowanie producentów z obsadą zwierząt powyżej 210 DJP, gdyż jest to bardzo intensywna produkcja zwierzęca?

[od redakcji: DJP – duża jednostka przeliczeniowa, ang. LU, LSU – Livestock Unit; 1 DJP = 1 krowa o masie 500 kg. 210 DJP to w produkcji trzody chlewnej: 600 macior, 1500 tuczników, 3000 warchlaków albo 10500 prosiąt. W przypadku drobiu: 52500 kur lub kaczek lub 8750 indyków. DJP używana jest m.in. do oszacowania zapotrzebowania na paszę.]

JW: Tak. Zdecydowanie będę się sprzeciwiał hodowli przemysłowej, bo jest to hodowla oderwana od ziemi. Hodowla w rolnictwie powinna pozostawać w jakimś związku z ziemią. Jeśli ktoś ma 5 ha ziemi, to powinien mieć np. 500 świń, a nie 5 tysięcy. Da się tu stworzyć pewne granice. Na pewno będę się sprzeciwiał, jeżeli w planach strategicznych zobaczę jakieś próby dalszego finansowania bardzo intensywnej hodowli przemysłowej. Wsparcie dla hodowli – tak. Przede wszystkim przez dobrostan zwierząt. I dla hodowli zrównoważonej, mówiąc najogólniej – hodowli o wysokich standardach traktowania zwierząt. Nie stoją za tym tylko względy etyczne, choć one są tutaj szczególnie ważne, ale ewidentnie względy gospodarcze. Patrząc na przykład na problem ASF. Słyszę taki rozpowszechniony pogląd, że małe gospodarstwa nie są w stanie się zabezpieczyć i to one roznoszą ASF. Jest dokładnie odwrotnie. Dane statystyczne dla 14 krajów UE jednoznacznie wskazują, że w najmniejszych gospodarstwach, w stadach do 10 sztuk świń – procent występowania ASF wynosi 0,3%. W Polsce nawet mniej – 0,2%.

Im większe pogłowie, tym częstsze występowanie ASF?

JW: W gospodarstwach ze stadem powyżej 1000 sztuk, to już było 3,8%. Krótko mówiąc, w najmniejszych gospodarstwach ASF był w jednym na trzysta. A w największych gospodarstwach – ASF w jednym na trzydzieści. A starty już w ogóle nieporównywalne, bo liczba ubitych z konieczności zwierząt w tych najmniejszych gospodarstwach to było powiedzmy kilka tysięcy sztuk. A miliony sztuk w tych największych. Są to ogromne koszty utylizacji. A także straty żywności.

Ale nadal płacimy z kieszeni podatnika odszkodowanie za takie działania i płacimy też za odtworzenie stada – ponownie do bardzo intensywnej produkcji. Tak chyba nie powinno być?

JW: Na razie mówimy o Europejskim Funduszu Rozwoju Obszarów Wiejskich (II filar WPR) w jego obecnym kształcie, zgodnym z poprzednim okresem programowania WPR. Nowa polityka rolna wejdzie w życie 1 stycznia 2023 roku. Plany strategiczne będą ją wyznaczać. Ja mogę zadeklarować, że zrobię wszystko, żeby fundusze rolne nie służyły finansowaniu tego, co tak naprawdę rolnictwem nie jest. Jest przemysłem, który czasem udaje rolnictwo. Nie mogą na to iść fundusze. Bardzo mocno będę się sprzeciwiał próbom wykorzystywania środków WPR na finansowanie tego rodzaju działalności.

Czy Pana zdaniem międzynarodowe umowy liberalizujące handel żywnością są hamulcem dla reformy WPR zgodnej z ochroną środowiska, klimatu, dobrostanu zwierząt oraz zdrowia publicznego?

JW: Niedawno robiliśmy analizę porozumień handlowych już zawartych i obecnie negocjowanych, i one generalnie są wszystkie korzystne dla rolnictwa europejskiego. Więcej UE zyskuje na otwarciu rynków niż traci na tym, że musi się otworzyć w jakimś zakresie na import. Osobną sprawą jest Mercosur, który budzi wiele kontrowersji. Jest to umowa nadal nieratyfikowana, więc nie jest jeszcze przedmiotem publicznej debaty. Negocjowana przed moim podjęciem pracy w Komisji Europejskiej. Myślę, że na te obawy dotyczące handlu odpowiedzią jest stworzenie alternatywy, która ograniczy potrzebę importu towarów do Europy. Na przykład wsparcie dla produkcji roślin wysokobiałkowych, dzięki któremu możemy zmniejszyć import śruty z genetycznie modyfikowanej soi. Wsparcie dla krótkich łańcuchów dostaw powoduje, że nie musimy importować wołowiny z Ameryki Południowej. Tłumaczyłem na jakimś spotkaniu z rolnikami, którzy właśnie zgłaszali tego typu obawy, że wołowina z Ameryki Południowej oznacza, że tam odbywał się chów, ubój i w końcu załadunek oraz transport tego mięsa przez tysiące kilometrów drogą morską. Następnie trzeba wyładować i przewieźć do sprzedaży w Europie. A czy nie można zorganizować łańcucha dostaw, żeby to było nie 10 tys. mil morskich tylko 10 km? Jeżeli zorganizujmy system dostaw, który będzie działał w promieniu powiedzmy 10-50 km i zaopatrywał lokalny rynek, to import nie może być konkurencyjny. Musi przegrać. Alternatywą jest rozwój lokalnych rynków żywności i krótkich łańcuchów. Na to są fundusze w WPR.

Na koniec gorący temat w UE. Nowe techniki hodowlane, czyli tak naprawdę nowe GMO mocno forsowane do zaakceptowania przez Unię. Jaka jest Pana opinia w tej sprawie?

JW: Przede wszystkim musi być zachowane naukowe podejście i ostrożność. Dopóki nie ma pewności, że jakaś technika jest bezpieczna zarówno dla ludzi, jak i dla środowiska, to nie należy jej wprowadzać. Nie ma takiej konieczności, żebyśmy w Unii Europejskiej przeprowadzali jakieś wielkie rewolucje technologiczne w rolnictwie. Mamy warunki do naturalnej produkcji żywności i to przede wszystkim trzeba rozwijać.

Dziękuję bardzo.

Wywiad ukazał się pierwotnie na stronie Zielonych Wiadomości.

Fot. European Parliament


0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *