Przejdź do treści

Jak dużo może zrobić świadomy rodzic?

Rolnictwo ekologiczne

Jak dużo może zrobić świadomy rodzic. Od własnego ogrodu do zmiany posiłków w placówkach oświatowych Grodziska Mazowieckiego.

Patrycja Wanat: Jak do tego doszło, że zaczęliście uprawiać ogródek?

Marcin Iwankiewicz: Wcześniej, w latach dziewięćdziesiątych, pracowałem w jednej z pierwszych agencji reklamowych w Polsce, obsługując duże korporacje. Potem, z żoną sporo podróżowaliśmy po Europie, aż w końcu przyszła decyzja, żeby się zatrzymać, zapuścić korzenie i zacząć uprawiać własne warzywa.

Moja żona wychowywała się we Francji, jest dwujęzyczna i myśli po francusku. Od razu chciała robić rewolucję, a ja potrzebowałem trochę czasu, żeby się przełamać. Grodzisk Mazowiecki to moje rodzinne strony – mieszkali tu moi dziadkowie, mieli przepiękny ogród warzywno-owocowy. Dziadek był specjalistą od przetworów. To chyba gdzieś we mnie zostało.

PW: Od czego zaczęliście własną uprawę?

MI: Zaczęliśmy bardzo skromnie, od przekopania pięćdziesięciu metrów kwadratowych ziemi. Wtedy zrozumiałem, że to jest ciężka praca, do której nie jestem przyzwyczajony. I że nie chcę jej wykonywać. Zainteresowałem się więc permakulturą, w której projektowanie własnego ogrodu, działalności rolniczej, produkcja żywności jest zgodne z trzema zasadami: troską o ziemię, troską o ludzi i o sprawiedliwy podział nadwyżek. To, jak budujesz ogród, często odzwierciedla to, jak budowana jest społeczność. Analiza połączeń między elementami to coś, co bardzo lubię i w co wierzę.

Po uprawie warzyw przyszła kolej na przetwory – octy, konfitury, soki. Wtedy zaczęła się dziać magia. W międzyczasie okazało się, że moja żona ma uczulenie na zmodyfikowaną pszenicę i cukier. Zaczęliśmy więc je eliminować z diety, jeść lepiej, spać lepiej, czuć się lepiej. Później ukończyłem kurs projektanta permakulturowego i krok po kroku całkowicie zmieniliśmy nasze życie. Najpierw swoje, potem zaczęliśmy działać szerzej, poznawać ludzi, budować sieć kontaktów.

PW: Określasz społeczność w Grodzisku jako „patchworkową”. Co to właściwie znaczy?

MI: Miasto bardzo szybko się rozrasta. Leży przy autostradzie i trasie szybkiego ruchu, a obok są Podkowa Leśna – Miasto Ogród, Milanówek i Brwinów. Mamy dobrą infrastrukturę, a Warszawa jest tylko 35–40 kilometrów stąd. Ludzie więc uciekają ze stolicy. Często są to pracownicy korporacji z różnych stron Polski. Społeczność jest bardzo zróżnicowana, jak patchwork. Doszliśmy do wniosku, że to ogromny potencjał, bo każdy ma jakieś zasoby, umiejętności. Trzeba tylko te osoby połączyć.

PW: Jak udało się Wam zacząć działać lokalnie?

MI: Zaczęliśmy od siebie i staraliśmy się zarażać tą zmianą innych. Na początku sąsiedzi dziwili się, że mamy taki zarośnięty ogród, że znosimy gałęzie. Potem zorganizowaliśmy Dzień Sąsiada, na który zaprosiliśmy ponad pięćdziesiąt osób. Wszyscy zobaczyli, jak nasz ogród zaczyna się zmieniać. Przestaliśmy być dla nich „ekoterrorystami”, zrozumieli, że nasze działania mają sens, że mamy plan. U nas furtka zawsze jest otwarta. Ludzie pytają: „Jak to? Można tak po prostu was odwiedzić?” Tak, można.

PW: W pewnym momencie założyliście też stowarzyszenie Moc Korzeni. Jak to wpłynęło na Wasze działania?

MI: Założenie stowarzyszenia pozwoliło nam działać szerzej i bardziej systemowo. Daje nam to możliwość realizacji ciekawych projektów nie tylko w naszym najbliższym otoczeniu, ale też dla całej lokalnej społeczności. To otworzyło nam drogę do współpracy z samorządem, szkołami, przedszkolami i innymi organizacjami. Dziś możemy łączyć ludzi wokół wspólnych wartości, uczyć poprzez praktykę i pokazywać, że nawet małe, lokalne inicjatywy mają realny wpływ na nasze życie i środowisko.
Od początku przyjęliśmy zasadę: rozmawiać, dyskutować, ale nie tworzyć napięć. Po prostu działać, być, tworzyć – nawet jeśli czasem jesteśmy ignorowani. Trzeba mieć cierpliwość i odporność.

PW: W którym momencie w Waszej działalności pojawiły się szkoły?

MI: Ze szkołami zaczęliśmy współpracować bardzo szybko. Pojawił się dwuletni grant z funduszy norweskich na inicjatywę „Zielony Grodzisk”. To był projekt złożony – z jednej strony tzw. rozwiązania twarde, jak rewitalizacja ulic czy placów, a z drugiej rozwiązania miękkie, w ramach, których my mogliśmy organizować warsztaty permakulturowe podczas eko-pikników.

Nawiązaliśmy wtedy kolejne kontakty i zaczęliśmy rozmawiać o rewitalizacji jednej z łąk kwietnych. Projekt samej rewitalizacji zrealizował samorząd, a my mogliśmy zbudować obok naturalne rozwiązania dla dzikich zapylaczy, tj. pierwszy bee bank i sandarium w miejscu publicznym w Polsce.

W międzyczasie zaczęliśmy też rozmowy z Biurem Oświaty Grodziska o zakładaniu ogródków przyszkolnych oraz zmianie żywienia w szkołach i przedszkolach. Nasza córka miała wtedy dwa lata, więc było to dla nas priorytetem – chcieliśmy, żeby w przyszłości jadła w przedszkolu posiłki przygotowane z wysokojakościowych produktów.

Biuro Oświaty powiedziało jednak: „OK, ale tego teraz nie jesteśmy w stanie zrobić. Blokują nas zamówienia publiczne.” Mimo to nie odpuściliśmy. Cały czas rozmawialiśmy z Panem Tomaszem Krupskim, wtedy wiceburmistrzem, dziś burmistrzem Grodziska i powtarzaliśmy: „dzieci są najważniejsze, musimy coś zmienić”. On nas cierpliwie słuchał i zastanawiał się, jak to zrobić. Jeszcze z tamtego projektu norweskiego udało się wprowadzić permakulturę do każdej szkoły.

PW: Kiedy to się wydarzyło?

MI: Dwa lata temu, więc teraz zaczyna się trzeci rok. Pomogliśmy wyposażyć każdą szkołę w podręcznik o permakulturze, a miasto założyło ogródki przyszkolne. Niestety, one nie funkcjonują tak, jakbym sobie tego życzył. Są zbyt małe, zamiast warzyw są tam byliny, a nauczyciele nie mają przestrzeni, by w pełni wykorzystać ich potencjał. Ale ważne, że są – to krok naprzód. Dzięki temu mogliśmy przeanalizować sytuację i szukać lepszych rozwiązań.

A w sprawie żywności zacząłem rozmawiać z każdym dyrektorem szkoły, także z burmistrzem, wice burmistrzynią i dyrektorem Biura Oświaty. Wiem, że zamówienia publiczne to trudny temat, ale zaproponowałem: zacznijmy chociaż od jednego produktu ekologicznego w szkolnych stołówkach. Uważałem też, że musimy zmienić narrację – niech w ogródkach przyszkolnych rośnie coś, co później trafi na szkolny obiad. Ciągle „wierciliśmy dziurę w brzuchu”, aż w międzyczasie w Grodzisku wybuchła tzw. cateringowa afera.

PW: Tak, w maju 2025 roku. Dzieci skarżyły się, że po jedzeniu w szkole bolą je brzuchy. Okazało się, że żywność była spleśniała, a nawet miały w niej być robaki. Sprawa odbiła się echem w całej Polsce.

MI: Rzeczywiście, afera wybuchła pod koniec roku szkolnego. Ale kilka miesięcy wcześniej samorząd już podjął decyzję o modernizacji kuchni przyszkolnych, które miały przygotowywać jedzenie dla szkół. Ten skandal być może przyspieszył cały proces. Jedna dobrze zorganizowana kuchnia mogłaby przygotowywać żywność dla kilku placówek.

Odejście od cateringu pozwala lepiej kontrolować jakość produktów, a co za tym idzie jakość jedzenia. I tu pojawia się przestrzeń na wprowadzanie produktów ekologicznych. A nawet jeśli nie zawsze uda się zdobyć produkty certyfikowane, to możemy przynajmniej dbać o jakość żywności. Często powtarzam samorządowi, że to inwestycja na 30 lat – inwestycja w dzieci, które za chwilę dorosną i będą decydować o naszym wspólnym życiu. Samorząd to rozumie.

PW: Czy mieszkańcy i rodzice zaczynają się przekonywać do tych pomysłów?

MI: Tak, w ostatnich miesiącach widać dużą poprawę w relacjach z mieszkańcami i rodzicami. Coraz więcej osób zaczyna nam ufać i rozumieć, że nasze działania mają sens. Dzięki wielu spotkaniom, rozmowom, warsztatom i wspólnym projektom rozwijamy świadomość wśród lokalnej społeczności. Pokazujemy, że można działać inaczej – spokojnie, z szacunkiem do ludzi i przyrody. Czasem wystarczy mały krok, jedno dobre doświadczenie, by coś się zmieniło. My po prostu robimy swoje i cieszymy się, że coraz więcej osób chce iść z nami tą drogą.

Później odezwała się do nas Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie, działająca – tak jak nasze stowarzyszenie – w Koalicji Żywa Ziemia, która dąży do systemowego wprowadzenia żywności ekologicznej do polskich szkół i przedszkoli. Ala Pękalska zadzwoniła i powiedziała, że jest projekt dotyczący zamówień publicznych, realizowany tylko w pięciu krajach Unii Europejskiej, i zaproponowała, żeby dołączył do niego Grodzisk Mazowiecki.

Na jednym z wydarzeń spotkałem burmistrza i wspomniałem mu o tym projekcie, o nazwie Zielone Zamówienia Publiczne. Bardzo szybko zorganizował spotkanie, na które zaprosił wszystkich urzędników mogących wnieść coś do projektu. Dyrektor biura oświaty docenił nasze kompetencje i ruszyliśmy dalej, już w bardziej warsztatowej formie.

Na pierwszych warsztatach, obok Fundacji Kupuj Odpowiedzialnie, pojawiło się wiele osób z oświaty, m.in. z warszawskiego Ursynowa. Tam od pięciu lat wprowadzane są rozwiązania, które mają na celu włączenie żywności ekologicznej do szkół i przedszkoli. Poradzili nam, żeby zacząć od wprowadzenia kryterium jakościowego do zamówień – to pierwszy krok do zmiany systemowej. I to naprawdę działa, bo oni to przetestowali.

Po tych warsztatach samorząd w Grodzisku w krótkim czasie powołał dietetyka gminnego. To bardzo ważna funkcja, jeśli chodzi o nadzór nad jakością żywności. Na razie kryterium jakościowe zostało wprowadzone dla cateringu – w jadłospisie muszą się znaleźć cztery produkty ekologiczne w ciągu czterech dni. To już jest coś. Kolejna ważna sprawa, powstała Rada Żywieniowa przy gminie Grodzisk Mazowiecki.

Uważam, że w ciągu dwóch lat udało się zrobić naprawdę dużo. Ale nie zrobilibyśmy nic bez współpracy z innymi. Najważniejsze jest działanie z różnymi organizacjami. Koalicja Żywa Ziemia to ludzie z ogromną wiedzą i doświadczeniem. Dzięki nim wykonaliśmy milowe kroki.

A jest tu co robić, bo Grodzisk Mazowiecki to pięćdziesięciotysięczna gmina miejsko-wiejska, mamy dziewięć szkół i trzy przedszkola. Chcemy ściągać tu ciekawe projekty, edukować. To dużo ciekawsze życie niż siedzenie przed telewizorem. Naszym celem jest zbudowanie odpornej społeczności.

Chcę jednak podkreślić jedno: to może się udać tylko wtedy, jeśli po drugiej stronie jest choć „kawałek” partnera. Nie można walczyć z samorządem – trzeba z nim współpracować. Wzajemne zrozumienie potrzeb jest kluczowe. Niestety zmiany często tymi, którzy blokują zmiany są rodzice.

PW: Dlaczego?

MI: Rodzice w deklaracjach często są za zmianami, które mają poprawić jakość żywności w szkołach. Ale gdy przychodzi do konkretnego działania, coraz więcej osób wycofuje się ze swoich wcześniejszych deklaracji. Najczęściej chodzi o koszty, bo żywność ekologiczna jest po prostu droższa.

Rodzice powinni jednak czuć większą odpowiedzialność za to, co dzieci jedzą po szkole –a często są to lody, batoniki, słodzone napoje. Nie chodzi o to, żeby ich całkowicie zabronić, tylko o to, z jakich składników są przygotowane. Tzw. „zdrowe przekąski” kosztują więcej i trudniej je znaleźć. My, jako rodzice, musimy zmienić swoją mentalność i sposób żywienia w domu. To trudne, bo często nie mamy na to przestrzeni – praca, problemy w związkach, brak czasu… Ale bez tego nie pójdziemy dalej.

PW: A jeśli uda się już zmienić mentalność ludzi i przepisy prawne – czy będzie wystarczająco dużo produktów ekologicznych, by zapewnić dostawy do szkół? Czy wokół Grodziska działa wystarczająco dużo certyfikowanych gospodarstw ekologicznych?

MI: W bezpośrednim sąsiedztwie Grodziska niestety nie. Ziemia jest tu bardzo droga, a deweloperka szaleje. Ale jeśli spojrzymy szerzej, w promieniu 100–150 kilometrów, sytuacja wygląda lepiej. Niedaleko, jakieś 60 km stąd, jest Grzybów – Ekologiczny Uniwersytet Ludowy i całe zagłębie gospodarstw ekologicznych. Również w okolicach Tarczyna działa kilku rolników ekologicznych.
To jest więc wykonalne. Ale zachęcam samorząd, żeby myślał szerzej – by chronić grunty rolne i stworzyć własne, duże gminne gospodarstwo rolne, na wzór Wrocławia.

PW: Chodzi o Miejską Farmę na Swojczycach, która zaopatruje wrocławskie żłobki i przedszkola?

MI: Tak. I wiem, że wymaga to współpracy wielu podmiotów, ale jest to możliwe. Dlatego cały czas namawiam samorząd, żeby myślał szerzej o polityce żywnościowej. Na razie wygląda to słabo – powstają kolejne markety, które nie budują odporności żywnościowej gminy.

Kiedy wybuchła pełnoskalowa wojna w Ukrainie, wszyscy wpadli w panikę, bo okazało się, że mamy bardzo mało krótkich łańcuchów dostaw i lokalnych rolników, nie mówiąc już o ekologicznych – czyli rozwiązań, które najlepiej sprawdzają się w czasie konfliktu zbrojnego czy innych kryzysów. Równocześnie zaczęliśmy rozmawiać z Radą Seniorów, która jest bardzo aktywna i pamięta jeszcze czasy przydomowych ogródków i prawdziwych targów.

PW: Z tego, co mówisz, wynika, że obecnie największym problemem są zamówienia publiczne?

MI: Tak. Najważniejsze jest, żeby wprowadzić w nich kryterium jakościowe, a nie tylko cenowe. Druga blokada to budżet – pytanie, czy ludzie są gotowi więcej płacić za wysokojakościową żywność. Trzecia, równie ważna, to zrozumienie znaczenia jakości jedzenia i świadomość długofalowych korzyści, jakie daje zarówno dla naszego zdrowia oraz dla środowiska. Ten ostatni punkt dotyczy pracowników samorządu, ale przede wszystkim rodziców, dziadków i całej społeczności.

PW: Na czym teraz się skupiacie? Jakie są Wasze najważniejsze projekty?

MI: Bardzo zależy mi na tym, żeby rozbudować ogródki przyszkolne, o których wspominałem. Tak, by pełniły one funkcję nie tylko dekoracyjną, ale edukacyjno-funkcjonalną. Chciałbym, żeby dzieci wracając do domu mówiły: „Fajnie, bo wyrosła nam marchewka – i była pyszna!” Marzy mi się, by raz w miesiącu organizować wspólne śniadania z produktami z tych ogródków.
Zaczynamy też budować mini-farmę ziołową na terenie szkoły gastronomicznej – dwanaście grządek, ponad sto roślin, pięćdziesiąt gatunków ziół. Chcemy, by uczniowie używali ich w daniach, które sami przygotowują.

Kolejny projekt to forest laby czyli laboratoria leśne na terenach grodziskich szkół. Chcemy, by dzieci uczyły się poprzez kontakt z naturą, na miejscu, obserwując jak wszystko się zmienia. Organizujemy także Grodziski Festiwal Permakultury, na który zapraszamy lokalne organizacje i mieszkańców. Chcemy pokazywać, że działamy dla nich i z nimi. Budujmy społeczność, łączmy siły i kompetencje!

Mamy też program „Łączymy Kropki”, w którym rozmawiamy o zmianach klimatycznych, ale zawsze w kontekście bezpieczeństwa żywnościowego i odporności naszej gminy. Holistyczne spojrzenie na rzeczywistość i łączenie tych „kropek” pozwala budować bezpieczeństwo i odporność – zarówno społeczeństwa, jak i całej gminy.

Marcin Iwankiewicz jest certyfikowanym projektantem permakultury, edukatorem w dziedzinie ochrony różnorodności biologicznej i regeneracji ekosystemów. Prowadzi doświadczenia terenowe w Centrum Rozwoju Permakultury „Naeko”, gdzie rozwija metody przywracania samowystarczalnych systemów przyrodniczych. Jest również współzałożycielem stowarzyszenia Moc Korzeni, a od ponad roku członkiem Grupy Sterników w Koalicji Żywa Ziemia. W listopadzie 2025 otrzymał wyróżnienie „Klimatyczny Człowiek Roku”, w kategorii Społecznik, przyznane przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska.