Przejdź do treści

Miejska Farma Wrocław

Działania Koalicji Relacja Rolnictwo ekologiczne

Miejska Farma we Wrocławiu właśnie zakończyła drugi sezon, przekazując świeże warzywa do żłobków, przedszkoli i domów pomocy społecznej. O kulisach projektu, który łączy lokalne rolnictwo z aktywizacją zawodową osób zagrożonych wykluczeniem i budzi zainteresowanie w całej Europie, opowiada jego koordynatorka Katarzyna Sokołowska.

Patrycja Wanat: Drugi sezon Miejskiej Farmy właściwie się zakończył. Jak go Pani ocenia?

Katarzyna Sokołowska: Jesteśmy już po ostatnich zbiorach i udało nam się uciec z warzywami przed pierwszymi przymrozkami. Dostawy do żłobków planujemy kontynuować jeszcze do końca roku.

W poprzednim sezonie uprawialiśmy jedynie buraki, ziemniaki, dynie i cukinie. Teraz nasz asortyment jest znacznie szerszy — pojawiły się marchew, pasternak, kalarepa, fasolka szparagowa, pietruszka naciowa, szczypiorek i koperek.

Przy planowaniu produkcji musimy brać pod uwagę specyfikę pracy placówek oświatowych. Wiosną i latem funkcjonują tylko częściowo – jedne działają w lipcu, inne w sierpniu, a w wakacje przychodzi do nich mniej dzieci. Dopiero we wrześniu wszystko rusza pełną parą.

Z pierwszych wyliczeń wynika, że od lipca do końca września przedszkola odebrały już ponad 4 tony warzyw, a żłobki ponad 6 ton. Łącznie przekazaliśmy więc ponad 10 ton plonów. Zobaczymy, jak wypadną jeszcze trzy ostatnie miesiące 2025 roku, w których zazwyczaj schodzi ich najwięcej.
Największym powodzeniem cieszą się ziemniaki, zaraz po nich marchew. Oprócz przedszkoli i żłobków nasze warzywa trafiają również do Miejskiego Centrum Usług Socjalnych (MCUS). Tam, w centralnej kuchni, przygotowuje się posiłki dla 11 domów pomocy społecznej.

W trakcie projektu wyszło też, że domy pomocy mają zupełnie inne potrzeby żywieniowe niż placówki dla dzieci. Ze wszystkich dostępnych warzyw odbierają tylko cukinię i pasternak. Musimy też zwracać uwagę, by na przykład cukinia była zbierana w odpowiednim momencie, z jak najmniejszą liczbą gniazd nasiennych, ponieważ pestki mogą być ryzykowne dla starszych osób.

Dodatkowo plony z Miejskiej Farmy trafiają do potrzebujących mieszkańców miasta m.in. samotnych seniorów. Fundacja „Mniej Więcej”, odpowiedzialna za transport plonów do żłobków i przedszkoli, przetwarza także bieżące nadwyżki i przygotowuje z nich posiłki dla swoich podopiecznych. Od czerwca udało się im przygotować już blisko siedem tysięcy posiłków. Podsumowując, ten sezon był dla nas naprawdę udany.

PW: Z iloma placówkami współpracujecie?

KS: Podczas pierwszego roku działalności Farmy współpracowaliśmy tylko z Wrocławskim Zespołem Żłobków (WZŻ). To było łatwiejsze niż w przypadku przedszkoli, ponieważ jest jedna centralna jednostka, która zarządza 16 placówkami. Jest tam jeden trzon decyzyjny – dyrektor, dietetyk oraz księgowość. Natomiast w przedszkolach sprawa jest bardziej skomplikowana np. jeśli dołączamy 10 nowych placówek przedszkolnych to rozmowy odbywają się już z 10 dyrektorami, 10 intendentkami, itd.

PW: Czyli wszystko w jednym miejscu, to mniej wyzwań logistycznych?

KS: Dokładnie. Na początku wszystko odbywa się centralnie – tak jak mówiłam – jest jeden trzon decyzyjny. Dopiero później następuje podział na poszczególne placówki, które mają własne kucharki i działają bardziej samodzielnie. Już po jednej rozmowie z dyrekcją WZŻ otrzymaliśmy zgodę na rozpoczęcie współpracy.

Natomiast w przedszkolach sprawa jest bardziej skomplikowana. Każde przedszkole ma własną dyrekcję, dietetyka i kucharki, więc zwiększyła się liczba osób, z którymi musimy być w stałym kontakcie. To spora zmiana organizacyjna, bo doszło minimum dwadzieścia nowych osób, z którymi współpracujemy przy składaniu zamówień. A każda placówka ma też nieco inny system informatyczny, a w nim inne zasady ewidencjonowania plonów, wprowadzania ich do magazynu czy późniejszego zarządzania posiłkami.
W dwóch przypadkach właśnie system informatyczny i jego funkcjonalność okazały się na tyle problematyczne, że trzeba go było zmienić. Wszystko da się rozwiązać, ale warto pamiętać, że każdy nowy odbiorca to nowa rzeczywistość i nowe wyzwania, do których trzeba się elastycznie dopasować.

Na razie współpracujemy wyłącznie z placówkami, które mają własne kuchnie – nie myślimy o szkołach. Po pierwsze dlatego, że wiele z nich korzysta z cateringu, a po drugie to zupełnie inna skala. W przedszkolach, które wskazał nam Departament Edukacji, jest zwykle do stu dzieci, podczas gdy w szkołach liczba uczniów sięga nawet kilkuset. To byłoby ogromne wyzwanie logistyczne.

System zamówień – zarówno w żłobkach, jak i w przedszkolach – wygląda tak, że do piątku, do godziny 12:00, zbieramy zamówienia z placówek na kolejny tydzień i przekazujemy listę do Uniwersytetu Przyrodniczego, a konkretnie jego Stacji Badawczo-Dydaktycznej w Swojczycach, gdzie znajduje się nasza Farma. Zbiór odbywa się w poniedziałek, a we wtorek rusza dostawa. To ważne, bo warzywa nie leżą, są wyjątkowo świeże, trafiają do odbiorców dzień po zebraniu. Myślę, że właśnie ten argument – świeżość i lokalność – najbardziej przekonał placówki do współpracy z nami.

Mała rewolucja polegała na tym, że do tej pory zarówno żłobki, jak i przedszkola zamawiały warzywa z rynku prywatnego z codzienną dostawą – otrzymywały produkty każdego dnia. Natomiast po przeanalizowaniu ich możliwości magazynowych oraz biorąc pod uwagę fakt, że dostarczamy na razie tylko kilka rodzajów warzyw, ustaliliśmy, że nie musimy pojawiać się u odbiorców każdego dnia. Dostawy odbywają się raz w tygodniu.

Już na etapie planowania Farmy konsultowaliśmy się z naszymi odbiorcami – pytaliśmy, które warzywa schodzą u nich w największej ilości. Z kolei z Uniwersytetem Przyrodniczym uzgadnialiśmy kwestie upraw: zależało nam na roślinach stosunkowo bezpiecznych w hodowli i przechowywaniu, względnie odpornych na choroby i przez to mało ryzykownych.

PW: Czyli w tym momencie jest to łącznie 16 żłobków, 10 przedszkoli i jeszcze Domy Pomocy Społecznej?

KS: Zgadza się. DPS-ami zarządza wspomniane przeze mnie Miejskie Centrum Usług Socjalnych. Są to cztery całodobowe domy i siedem dziennych. W tych drugich jest zapewniany minimum jeden ciepły posiłek na dzień, natomiast w całodobowych są to trzy posiłki. Łącznie jest tam 841 miejsc. Z kolei w żłobkach mamy prawie 2,5 tysiąca dzieci, a w przedszkolach nieco ponad 800.

PW: Spotkaliście się z jakimś sprzeciwem albo z pretensjami, że za dużo tych buraków czy marchewki, a dzieci tego nie jedzą. Może ktoś wolał oszczędzić sobie problemów i odbierać warzywa tylko z jednego źródła?

KS: Na szczęście odbiór naszego projektu od samego początku był bardzo pozytywny – zarówno w przedszkolach, jak i w żłobkach.

Przyznam, że już na pierwszym spotkaniu z przedstawicielami tych placówek byłam pozytywnie zaskoczona zrozumieniem po drugiej stronie. Oczywiście trzeba pamiętać, że pierwsze rozmowy zawsze odbywają się z decydentami, czyli dyrekcją żłobków i przedszkoli. Ona zwykle reaguje entuzjastycznie: „Tak, to świetny projekt!”. Prawdziwe pytanie brzmi jednak, jak zareaguje ten niższy szczebel, tj. osoby, które później faktycznie składają zamówienia, odbierają plony, weryfikują ich jakość i na co dzień z nami współpracują.

Do tej pory jedyna trudność, z którą się spotkaliśmy dotyczyła świeżych ziół, koperku i pietruszki. Po pierwsze musieliśmy wspólnie ustalić pewną normę pęczka, bo nasze plony różnią się od sklepowych. Nasz pęczek jest większy i nie jest np. osobno zapakowany, ofoliowany jak w sklepie. Po drugie nasze zioła są zbierane rano i przechowywane w pojemnikach z wodą, ale kilka razy zdarzyło się, że więdły w transporcie, zwłaszcza w upalne dni. Panie zgłaszały wtedy, że otrzymały produkt gorszej jakości.

Musieliśmy więc z jednej strony poprawić logistykę dostaw. Zorganizować transport ziół w wodzie tak, żeby nie opadły, ale z drugiej strony wytłumaczyliśmy też, że nasze produkty nie zawsze wyglądają tak, jak te sklepowe, co nie oznacza od razu, że są gorszej jakości – wręcz przeciwnie. Czasem trafi się np. marchewka o dwóch „nogach”. To efekt naturalnej uprawy, bez idealizowania i selekcji pod kątem wyglądu czy chemicznego przedłużania ich świeżości do transportu.

Bardzo zależy nam na informacji zwrotnej od placówek – czy są zadowolone z jakości plonów, jak im się z nami pracuje. Pamiętam, jak ogromnie nas ucieszyło, gdy w pierwszym sezonie, po dwóch, trzech miesiącach współpracy, panie z kuchni zaczęły dopytywać, czy mogą gdzieś kupić te warzywa prywatnie, dla siebie do domu. Wtedy uznaliśmy, że zdaliśmy egzamin – skoro osoby, które z tymi produktami pracują na co dzień, chcą je kupować dla swoich rodzin, to znaczy, że jest dobrze.

PW: Sprzedajecie warzywa i zioła z Farmy, czy oddajecie je za darmo, jak to finansowo działa?

KS: Cały projekt działa w ramach budżetu miasta. Nie mamy na niego żadnego dodatkowego grantu.

Część środków pochodzi z programu aktywizacji społeczno-zawodowej, realizowanego przez Wrocławskie Centrum Integracji (WCI). Reszta to fundusze z Wydziału Zdrowia i Spraw Społecznych, tak zwane środki alkoholowe, które trafiają do WCI i są ponownie wykorzystywane właśnie na działania aktywizacyjne i przeciwdziałanie wykluczeniu.
Jeśli chodzi o samych odbiorców, współpracę zaczynamy od określenia ich zapotrzebowania. To placówki wskazują nam, ile warzyw będą potrzebować od lipca do grudnia. Te dane przekazujemy do Uniwersytetu Przyrodniczego, który na tej podstawie wylicza i wycenia wielkość potrzebnego areału, gatunki roślin i metodę ich uprawy.

Następnie jako koordynator projektu – Wydział Klimatu i Energii Urzędu Miejskiego Wrocławia – podpisujemy z Uniwersytetem Przyrodniczym umowę dotacyjną i przekazujemy im środki potrzebne na przeprowadzenie sezonu Miejskiej Farmy. Warto tu wspomnieć o tym, że Uniwersytet Przyrodniczy jest odpowiedzialny nie tylko za wytworzenie plonów, ale także za doskonalenie modelu upraw. Na koniec otrzymujemy raport zawierający opis doświadczeń z całego sezonu oraz rekomendacje dla rozwoju takich inicjatyw w naszym regionie.

Dla zobrazowania skali. Często mówi się, że jeden sezon funkcjonowania Miejskiej Farmy to prawie milion złotych, dokładnie 938 tysięcy. Ale z tego aż 800 tysięcy to koszt programu aktywizacji społeczno-zawodowej. Uczestnicy projektu otrzymują 120% zasiłku dla bezrobotnych, mają zapewnione wyżywienie i ubezpieczenie – i to właśnie ten komponent jest najdroższy. Współpraca z Wrocławskim Centrum Integracji jest dla nas kluczowa.

Warto, by każda gmina zastanowiła się, jak podobne działania mogłyby funkcjonować u niej: skąd pozyskać środki, jak je wykorzystać i jakie cele – społeczne, edukacyjne czy środowiskowe – można w ten sposób wspierać.

PW: Wasz pomysł narodził się podczas wizyty studyjnej we Francji. Rozumiem, że największym wyzwaniem było dopasowanie go do polskich realiów, zwłaszcza biurokratycznych?

KS: Tak! Pomysł na Miejską Farmę zrodził się podczas projektu BioCanteens. Byliśmy wtedy z wizytą we francuskim miasteczku Mouans-Sartoux, gdzie zobaczyliśmy, jak w małej, lokalnej społeczności można połączyć rolnictwo z edukacją Skala tamtego przedsięwzięcia była jednak zupełnie inna, gdyż miejscowość, w której narodziła się ta idea, jest niewielka. A my musieliśmy ją dostosować do realiów funkcjonowania polskiego samorządu, w dużym mieście.

I udało się. Wiele osób z innych miast pyta mnie, jak to możliwe, że gmina zajmuje się produkcją warzyw. Odpowiedź jest prosta – gmina nie produkuje warzyw, tylko aktywizuje społecznie i zawodowo mieszkańców zagrożonych wykluczeniem. Przykładowo wcześniej taka aktywizacja odbywała się w zawodzie florysty. Osoby uczestniczące w programie tworzyły bukiety, które trafiały później na posiedzenia Rady Miejskiej albo inne miejskie wydarzenia. Miasto nie prowadziło więc działalności florystycznej, a realizowało działania aktywizacyjne, przy okazji mogą wykorzystać ich efekty.

Równolegle Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu – ich Katedra Architektury Krajobrazu – miał pomysł stworzenia modelowego gospodarstwa, które pokazywałoby, jak miasta mogą być zazieleniane także roślinami jadalnymi. Od rozmowy do rozmowy ustaliliśmy, że istnieje możliwość połączenia naszych sił i wykorzystania części terenów należących do jednej ze stacji Uniwersytetu Przyrodniczego i stworzenia tam Miejskiej Farmy. Cała stacja to ponad 300 hektarów gruntów o różnym przeznaczeniu.

Ogromną zaletą współpracy z Uniwersytetem jest to, że posiada on niezbędną infrastrukturę. Profesjonalna uprawa warzyw na dużą skalę wymaga zaplecza technicznego, sprzętowego i know-how. Na Farmie pracują osoby zagrożone wykluczeniem społecznym, ale tam, gdzie potrzebne są specjalne uprawnienia – na przykład przy obsłudze traktorów czy maszyn rolniczych – wkraczają pracownicy uczelni. Bez ich wsparcia cały projekt po prostu nie mógłby funkcjonować.

PW: Zgłaszają się do Was inne samorządy, żeby się zainspirować i zorganizować coś takiego u siebie?

KS: Zainteresowanie projektem jest ogromne, zarówno w Polsce, jak i za granicą.
Już od pierwszego sezonu zgłasza się do nas wiele samorządów. Tylko w tym roku mieliśmy pięć wizyt studyjnych z różnych miast. Z przyjemnością dzielimy się doświadczeniem, bo wierzymy, że takie inicjatywy powinny pojawić się w jak największej liczbie miejsc. Sam Wrocław świata nie zmieni, ale gdyby w każdym mieście powstał podobny projekt, to mielibyśmy prawdziwą zmianę systemową.

Zainteresowanie pojawia się również na poziomie europejskim. Miejska Farma jest ewenementem na skalę europejską. Zwykle tego typu działania ograniczają się do jednej placówki i rzadko są powiązane z programem aktywizacji zawodowej. W naszym przypadku wszystkie te elementy udało się połączyć w spójny model, który – jak się okazuje – budzi duże uznanie.

PW: Plany na przyszły sezon?

KS: W kolejnym roku chcemy przede wszystkim wyciągnąć wnioski z dotychczasowych doświadczeń i zoptymalizować to, co już zdiagnozowaliśmy. Planujemy dołączyć kilka nowych przedszkoli i mocniej postawić na działania edukacyjne.

Naszym marzeniem jest stworzenie specjalnej strefy edukacyjnej, do której będzie można zapraszać dzieci i młodzież na zajęcia praktyczne. Obecnie ze względu na rygory bezpieczeństwa i wymogi jakościowe nie możemy wpuszczać uczestników na pole uprawne, ale nowa strefa ma to zmienić. Pokażemy tam – w prosty, inspirujący sposób – jak w warunkach miejskich można prowadzić uprawy.
W dłuższej perspektywie kluczowe będzie stworzenie zaplecza do przechowywania warzyw. Dzięki temu moglibyśmy wydłużyć sezon i dostarczać produkty przez cały rok. Kolejnym krokiem ma być utworzenie miejsca do pierwszej obróbki i przetwórstwa plonów.

Pomysłów mamy wiele, ale wiemy też, że to proces rozłożony na lata. Nie wszystko wydarzy się w przyszłym sezonie, jednak kierunek jest jasno wyznaczony.

Katarzyna Sokołowska piastuje samodzielne stanowisko ds. projektów w Wydziale Klimatu i Energii, Departament Zrównoważonego Rozwoju Urzędu Miejskiego Wrocławia. Jest koordynatorką Miejskiej Farmy Wrocław. Odpowiada za realizację miejskich kampanii oraz programów edukacyjnych dotyczących zrównoważonego rozwoju. Absolwentka Projektowania Komunikacji Uniwersytetu Wrocławskiego, Studiów Menadżerskich Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu oraz kursu facylitatorskiego z zakresu aktywizowania społeczności lokalnej.